Tour de Pologne Amatorów

24.08.2011

Przygotowania do pierwszego podejścia i mam nadzieję zaliczenia dystansu 42,195 w pełni. Wakacje wykorzystane na nadrobienie zaległości w programie treningowym. Przy okazji udało się jeszcze dorzucić dwa konkrety rowerowe.

Pierwszy z konkretów to zaliczenie Tour de Pologne Amatorów. Impreza cykliczna, organizowana przez Lang Team. W skrócie można powiedzieć, że organizacyjna perfekcja, a jeżeli nie, to bardzo blisko. Trasa to dokładnie część pętli, którą jedzie zawodowy peleton. Różnica to dystans. Amatorzy jadą niespełna 60 km, a profesjonaliści, tego samego dnia, pokonują ponad 200. No cóż, kolejna różnica to fakt, że im za to płacą, a my robimy to wyłącznie dla przyjemności. Wydawać by się mogło, że 60 km to pestka i każdy przejedzie taki dystans. Zważywszy jednak, że trasa wije się wokół Bukowiny, że są na niej trzy górskie premie pierwszej kategorii w wyścigu zawodowym, że podjazdy są długości około 6 km, a kąt nachylenia na jednym z przewyższeń przekracza 20%... No cóż, więcej dodawać nie trzeba. Jeżeli ktoś jeździ trochę na rowerze to myślę, że wie o czym mowa.

Przebieg etapu jest interesujący. Zaczyna się od długiego zjazdu z Bukowiny do Poronina. Najważniejsze to… Uwaga na prędkość, bo w górach na zjazdach bardzo szybko może ona wymknąć się spod kontroli. Szczerze, to ze zjazdami miałem najwięcej problemów. Atmosferę dnia podgrzał dodatkowo nocny koszmar. Rano wstałem i pamiętałem jak we śnie spadałem i spadałem w uszkodzonym samolocie, niechybnie zmierzając ku ziemi i katastrofie. Wniosek mógł być tylko jeden. Niezależnie od wiary w przepowiednie czy też sny, tego dnia lepiej uważać. Już po wyścigu dowiedziałem się, że na tym właśnie pierwszym zjeździe doszło do kraksy. Jeden z rowerzystów upadł niefortunnie, uderzając głową. Niestety kask nie pomógł, a kolarz trafił do szpitala z bardzo poważnymi urazami. To są właśnie góry i zjazdy. Przed tym elementem, dzień wcześniej, przestrzegał nas Czesław Lang, udzielając wskazówek na temat hamowania oraz przytaczając przykład kontuzji – złamana ręka – Wojciecha Olejniczaka na ubiegłorocznej edycji wyścigu amatorów.

Wracając na trasę, z górki na pazurki do Poronina, a następnie 6 km pod górę do miejscowości Ząb. Co ciekawe, zauważyłem, że na zjeździe kontrolując prędkość traciłem dystans do innych, a na podjeździe – z dużą dozą satysfakcji – dystans ten odrabiałem i łykałem innych zawodników. Zachęcony takim obrotem sprawy, po zaliczeniu pierwszej górskiej premii, puściłem trochę wodze fantazji na zjeździe. Dwa ostre zakręty szybko jednak przywołały mnie do porządku, a ja zrozumiałem, że w górach nie ma żartów. Kolejny podjazd był już mniej wymagający i został  zaliczony. Na zjeździe skręt 90 stopni i droga zamienia się w dróżkę. Hamulec w użyciu, a prawie na samym na dole przykra niespodzianka. Lekki trzask, dziwny dźwięk i… koniec jazdy. Zeskakuję z roweru i widzę, że dalej nie pojadę. Obręcz koła rozwalona. Rozklejone warstwy karbonu. Koniec wyścigu!!!

Zaczynam się zastanawiać czy są jakieś szanse na kontynuowanie. Obok kraksa innego zawodnika. Łomotnęło na tyle głośno, że nie ma on ochoty na dalszą jazdę. Próbuję namówić kolegę na pożyczenie koła. Niestety bez sukcesów. Próbuję znaleźć pomoc w samochodach serwisowych CCC. Brak zainteresowania i jakiejkolwiek więzi, czy sympatii do kolarzy amatorów. Tej grupie kibicował na pewno już nie będę. Zatrzymuję samochód Lang Team. Błagam o pomoc, ale nie ma żadnych szans. To nie jest przecież samochód serwisowy. Nagle do samochodu podchodzi policjant i prosi kierowcę o zabranie roweru z innego wypadku kilkaset metrów dalej. Czuję, że to może być moje szczęście (niestety, na bazie czyjegoś nieszczęścia). Tak też się dzieje i po ponad 20 minutach postoju mam koło. Zakładam, kilka minut rozmowy z kierowcą na temat co i jak ze zwrotem „pożyczki” i ruszam dalej. Po chwili zauważam, że mój tylny hamulec jest prawie niesprawny, łapie delikatnie na samym końcu, ale co tam… Jest jeszcze przód, a co najważniejsze mam szansę na ukończenie wyścigu w limicie czasu.

Jedziemy dalej i tylko to się liczy w tym momencie. Kolejny podjazd to Gliczarów Dolny i Gliczarów Górny. To jest ta ścianka z nachyleniem 20-25%. Niestety, podobnie jak 90% innych uczestników, ten fragment trasy mnie zatrzymuje. Kolejne kilkaset metrów trzeba pokonać pieszo. Po chwili wpinam się w pedały i dalej jazda pod górkę. Szczyt zdobyty, zjazd i jeszcze jeden, ostatni podjazd do Bukowiny. Jak na każdym wzniesieniu, tętno skacze, oddech znacznie przyspiesza, ale to już ostatni fragment trasy. W końcu docieram do linii mety. Oficjalnie, czas 2:47 i 685 miejsce, 147 w kategorii wiekowej. Ważne, że zmieściłem się w limicie. Na mecie dostaję medal i wielką dozę satysfakcji z ukończenia wyścigu. Po analizie danych z komputera i GPS, post factum ustalam, że mój czas jazdy, wyłączając przymusowy postój to 2:24. No cóż, gdyby nie pech, wynik byłby dużo lepszy.

Podsumowując Tour de Pologne, super organizacja, fantastyczna atmosfera wśród braci kolarskiej, dużo kibiców i świetne wsparcie na całej trasie. Wnioski na przyszłość… Organizacyjnie, fajnie byłoby gdyby Lang Team pomyślał o jakiejś pomocy serwisowej. Nieukończenie imprezy z powodów sprzętowych to prawdziwy dramat. Co do własnych przygotowań, trzeba popracować jeszcze nad siłą – ważne na podjazdach – oraz lepiej zrozumieć co to jest technika hamowania rowerem i jazda na zjazdach. Wyzwanie na przyszły rok to pokonać Gliczarów Górny bez zsiadania. Trening i odrobinę lepsza konfiguracja sprzętu powinny pomóc, a wtedy jeszcze większa satysfakcja gwarantowana.

Mam też drugi wakacyjny konkret rowerowy, ale o tym w kolejnym wpisie.

C.D.N.