Tour de Balaton

25.08.2011

Od pewnego czasu jeden z kolegów gorąco namawiał mnie na „wycieczkę rowerową” wokół Balatonu. Oczywiście wycieczka to nie do końca adekwatne słowo. Ponad 200 km do pokonania to konkret. Tym bardziej, że w przeciwieństwie do rowerowych spacerów, założeniem jest przejazd tego dystansu w jednym ciągu. Czy to możliwe?

Kilka miesięcy wstecz przejechanie rowerem 200 km wydawało mi się nierealne. Moje dokonania to trasy 100-kilometrowe, no w tym sezonie dołożyłem do tego jeszcze z 40 km. Do 200 ciągle dzieliła mnie przepaść. Wspomniany kolega brał natomiast udział w wyścigu amatorów organizowanym nad Balatonem. Podobno fantastyczna impreza, ciekawa trasa, itd., itp. Nie powiem, kusiło mnie takie wyzwanie, ale odkładałem to raczej na przyszły rok.

Traf chciał, że po Tour de Pologne Amatorów, w drodze na wakacje na Krk, zatrzymałem się nad Balatonem. Faktem jest, że po Tour’ze byłem dodatkowo podbudowany. No ale jazda na takim dystansie... Przystanek nad Balatonem zakończył się przejażdżką 100 km na trasie Zamardi – Tihany, pokręciłem się trochę w miasteczku, przepłynąłem promem na część południową i wróciłem do punktu wyjścia. Nie powiem, myśl o zaatakowaniu dużej pętli pojawiła się, ale… Nie tym razem.

Pojechaliśmy do Chorwacji. Koncentracja na treningach biegowych i nadrabianiu zaległości w moim planie przygotowań. W dniach przerwy pomiędzy biegami rower. Musze przyznać, że chorwackie podjazdy, przynajmniej w rejonie Baska na wyspie Krk to całkiem spore wyzwanie. Około 10 km pod górę z miejsca w którym byłem zakwaterowany robiło wrażenie. Pierwsza wyprawa to podjazd i zjazd do hotelu. Kolejna to „wycieczka” z Baska do Punat i powrót. Naprawdę fajna trasa rowerowa. Wymagający podjazd, długi zjazd, wjazd do malowniczo położonego Punat, nawrotka i powrót. Na tej trasie ustaliłem mój, jak na razie, „Vmax personal best” czyli jazda rowerem z prędkością 75 km/h. Oczywiście z górki na pazurki. Rower na Krk to była niezła zaprawa i kultywowanie myśli o objechaniu Balatonu.

Po tygodniowym pobycie czas na powrót do domu. W drodze powrotnej dwa dni nad Balatonem. A co tam… Cel wyznaczony. Jeden z tych dni to atak na „węgierskie morze”. Zaopatrzony w dwa bidony i batony energetyczne plus oczywiście banan na pokrzepienie, wyruszam w trasę. Wiem, że czeka mnie około 7-8 godzin pedałowania. Całe szczęście, że Balaton to w miarę płaskie tereny z kilkoma niezbyt wymagającymi podjazdami na trasie. Wielką niewiadomą było co stanie się powiedzmy po 100 km? Czy dam radę kontynuować? Jak bardzo będę zmęczony? Oczywiście, po pokonaniu połowy trasy pojawiło się zmęczenie i pierwsze bóle w różnych okolicach. Ale co tam, jedziemy dalej. Ból to jeden z przeciwników na trasie. Drugim była temperatura, niestety tego dnia znacznie powyżej 30 stopni. Po czterech godzinach jazdy moje bidony wyschły. Krótki postój na stacji benzynowej, płyny uzupełnione, dodatkowy baton na pokrzepienie i jedziemy dalej. Pomimo, że Balaton praktycznie w całości otoczony jest ścieżką rowerową, decyduję się raczej na korzystanie z normalnej drogi. Tak jest wygodniej i myślę, że trochę szybciej. Kolejne 2,5 godziny i kolejny krótki postój na uzupełnienie płynów. Drobne problemy z trasą i leciuchny, nadprogramowy kilometraż dodany. No cóż, pomyłki zdarzają się. Ważne było to, że walcząc z własnymi słabościami zbliżałem się powoli do mety.

7 godzin i 45 minut to był mój czas tego dnia na pokonanie 210 km. Pętla zamknięta i kolejna doza satysfakcji trafia na moje konto. Zmęczony, ale zadowolony i usatysfakcjonowany docieram do punktu wyjścia. Oznaczać to może tylko jedno. Balaton zaliczony, a co więcej mam nowy rekord długości trasy. Hurra!!! To był cichy okrzyk na zewnątrz i głośny wrzask radości wewnątrz, gdy zobaczyłem na liczniku 2-kę i dwa zera. Kolego Michale, w przyszłym roku startujemy razem w wyścigu wokół Balatonu! Ja z kolei liczę na to, że namówię kolegę na Tour de Pologne, bo to również przednia impreza i duża frajda.

Przede mną cel numer jeden, czyli 42,195. C.D.N.