Godzina „W”, czyli chwila prawdy…

06.12.2011

Zastanawiałem się jak to będzie, jak przygotowania, czy mój program treningowy sprawdzi się, czy dam radę, co się stanie po 30 km… Oto ostatnie chwile przed, krótka relacja z tego co w trakcie i zaraz po zakończeniu zmagań na trasie Athens Classic Marathon 2011.

Pobudka wcześnie rano, dzień zaczynam około godziny 5:45. Wszystko do startu przygotowane i złożone na krzesełku. Poranna toaleta i lekkie śniadanko. Zgodnie z poradami doświadczonych i obytych na trasach, wspomagany lekturą artykułów „fachowych”, wybieram jedynie dwa tosty z białym serem i dżemem. To powinno wystarczyć. Poranna kawa, batonik energetyczny w garści i ruszamy na start. Zrezygnowaliśmy z transportu publicznego i ruszamy wcześniej zamówionymi taksówkami. W sumie to dobry wybór. Podróżujemy komfortowo spod hotelu, a przed nami dzień pełen przygód. Po kilkudziesięciu minutach jazdy i jednym postoju (próżna nadzieja jednego z maratończyków na wypróżnienie) docieramy do Marathonu. Pogoda pod psem i bardziej przypomina polską, a nie grecką jesień. Jest zimno (około 10 stopni), wietrznie (flagi i banery pozrywane) i mokro (kapuśniak leci na głowę). Nic to, wszyscy mamy podobne warunki, nie ma co się poddawać i biadolić. Do startu zostało niewiele ponad godzinę.

Krótki obchód terenu, orientacja co, gdzie i jak, butelka wody w garści, czas na przebranie się i przekazanie worka z ciuchami organizatorom. Co istotne udaje się z lekka opróżnić zawartość przewodu pokarmowego, a przed startem to niezwykle strategiczna kwestia. Jeszcze przekąska, czyli batonik energetyczny na 30 min przed startem. Zostaje już rozciąganie i rozgrzewka oraz przepychanko do sektora startowego. Wszystko gotowe i czekamy na sygnał do rozpoczęcia zmagań. Zakładam, że – o ile uda się – pokonać trasę w 4 godziny i 30 minut to będzie dobrze. Jest jednak duża doza niepewności.

Ruszamy… Pamiętam i natychmiast wdrażam wszystkie rady moich doświadczonych kolegów.Pamiętaj, ruszaj wolno i przyspieszaj dopiero w drugiej części biegu. Tak też działam. Tempo początkowe to około 6:15 min/km, a więc jest wolno. Trasa tego konkretnego biegu jest wymagająca. Poza stosunkowo krótkim zbiegiem, w zasadzie przez znaczną część biegnie się pod górę i to jest dodatkowa trudność. To przewyższenie miejscami jest faktycznie znaczne. Niestety, taki profil utrzymuje się do około 32 km. Biegnę trochę zachowawczo, ale koledzy radzili, a mnie zależy na tym żeby dotrzeć na stadion w Atenach. Kilometry mijają, licznik kręci się, tempo pod kontrolą, niezależnie od okoliczności i tego co robią inni. Jestem ja, trasa, mój plan i pełna kontrola tego co robię.

Półmetek wskazuje, że mogą pojawić się problemy z realizacją zakładanego planu i skończeniem biegu w 4:30:00. Czas po 21 km to ponad 2:16:00, a więc słabe szanse na realizację założeń, chyba, że… No nic, działamy dalej. 30 km i pytanie co teraz… Taki dystans pokonałem kilka razy w trakcie przygotowań, ale jak będzie po przekroczeniu tej granicy? Okazuje się, że wspomagany żelami, batonikami, napojami energetycznymi i tym wszystkim co w bufetach na trasie, a pewnie głównie silną wolą i chęcią ukończenia biegu, poradziłem sobie z ostatnią dychą. Mało tego, ostatnie 10 km było najszybsze. Wielką frajdą było przyspieszenie oraz mijanie wielu innych uczestników, gdzie każda kolejna osoba dodawała energii i sił. Biegnę i biję brawo tym wszystkim, którzy wyszli w ten deszczowy i brzydki dzień na trasę żeby docenić wysiłek biegnących. Ja biję brawo im i w zamian otrzymuje to samo. Dla mnie to dodatkowy zastrzyk energii, tak jak wspaniałe przeżycie przebiegając pod jednym z wiaduktów już w Atenach. Grupa bębniarzy dyktuje tempo głośno waląc w beczki, a akustyka wiaduktu robi swoje. Takich jak ten, emocjonalnych uniesień było kilka. Łezka pojawiała się w oku, przyjemne uczucie gdzieś w piersiach, a licznik odliczał kolejne kilometry.

Końcówka biegu, najpierw ulice Aten, a następnie finisz na historycznym stadionie to kolejne wspaniałe przeżycie. Z jednej strony wielka satysfakcja, że właśnie kończę bieg. Z drugiej, fantastyczne uczucie, że udało się zrealizować cel. Operacja kolana, rehabilitacja, przygotowania i oto jestem na finiszu. 4:28:58 i meta!!! To kolejna chwila wzruszenia i moment w którym łezka ciśnie się na policzki, ale tak jest z tymi wyzwaniami i ich realizacją. YES, YES, YES… Udało się, jestem na mecie, pamiątkowy medal na piersi i ogromna satysfakcja. To jest nagroda za ten ponad czterogodzinny wysiłek, walkę z samym sobą i własnymi słabościami.

No cóż, cel zrealizowany, a więc najwyższy czas na… Wyzwania i plany na 2012 :) Wśród nich z pewnością znajdzie się również kolejny maraton.

C.D.N.