Debiut w TRI – dreams come true

01.08.2012

Susz, a konkretnie organizowany w tym mieście Herbalife Triathlon, corocznie ściąga rzesze wielbicieli tej wymagającej dyscypliny. Powiem szczerze, że byłem zaskoczony frekwencją. Okazuje się bowiem, że triathlon, tak zresztą jak bieganie i rowery, staje się imprezą masową. Obok profesjonalistów pojawiają się gwiazdy, politycy, ale też setki zapaleńców. Miło patrzeć na rozwój kultury fizycznej w naszym narodzie.

No ale nie o kulturze fizycznej jest ten wpis. Ja mam pokazać to od kuchni i podzielić się własnymi przeżyciami. Tak więc do rzeczy. Na miejsce docieramy w piątek wieczorem. W zasadzie, rzutem na taśmę wpadamy na odprawę przedstartową. Pakiet pobrany, jest wyjątkowy numer – szczęśliwa 13-ka – oraz „sponsorskie” miejsce w pierwszym szeregu, tuż obok gwiazd show-biznesu, bo politycy w Polsce należą chyba do tej właśnie kategorii. Wsłuchujemy się w opisy trasy, rzut okiem na strefę zmian, szybkie przemyślenia strategiczne na działania w strefie, pobranie i konsumpcja michy makaronu zalanego sosem grzybowym i można przesuwać się do miejsca noclegowego.

Noclegownia to super niespodzianka. Oczywiście niespodzianka na plus. Oto bowiem trafiamy do ośrodka szkoleniowego Jurka Owsiaka, a konkretnie WOŚP. Super miejsce, rewelacyjne położenie w otoczeniu zieleni i wijącej się rzeki, fajne pokoje, a co najważniejsze wspaniała atmosfera. Pozytywna energia bije od osób opiekujących się ośrodkiem, od instruktorów oraz woluntariuszy przygotowujących się do obsługi Przystanku Woodstock. Nic dodać, nic ująć, można tylko „pozazdraszczać”, a lepiej jest pogratulować Jurkowi i pewnie całej WOŚP-owej rodzinie tak świetnych inicjatyw i organizacji.

Wracamy jednak do sedna, czyli mój debiut w triathlonie. Ostatnie przygotowania sprzętu, koła dopompowane, bidony napełnione, batony i żelki energetyczne na miejscu. Można się położyć i odliczać godziny do startu. Nie, to nie najlepszy pomysł. Zamykam oczy i łapię trochę wypoczynku przed wyzwaniami kolejnego dnia.

Pobudka, śniadanko w rodzinnej atmosferze ośrodka, ostatnie pakowanie i ruszamy na start. Logujemy się do strefy zmian, rozstawiam sprzęt, przygotowuję się na kolejne etapy zmagań. Wszystko wydaje się być dopięte. Błyski fleszy, przybywają gwiazdorzy imprezy, ambasadorzy TRI-Susza. W sumie fajna, przyjacielska atmosfera. Nic to, rozgrzewka, wskakuję w piankę i odliczamy minuty do startu.

Rzesza ponad 500 śmiałków na dystansie 1/2 IM (1.9 km pływanie, 90 km rower, 21.1 km bieg) przygotowana. Dostajemy sygnał do „wodowania”, wchodzimy do wody i płyniemy na start. W tej imprezie start jest z wody, a więc pokonujemy wpław do bojek startowych około 200-300 metrów. W sumie to dobra rozgrzewka i rozruch. Jest komenda i ruszamy do boju. Zabawna sytuacja, bo człowiek czuje się trochę jak w jacuzzi, a może bardziej jak w ławicy walczących o przetrwanie ryb. Ktoś wypłaca przypadkowego kopniaka, ktoś szturcha, ktoś inny przepływa nade mną. W końcu łapię rytm i do przodu. Nawigacja jest OK, bojka nawrotowa widoczna, płyniemy. Zakręt na bojce przez prawe ramię, kilkadziesiąt metrów, kolejna boja po prawej i powrót. Z wody wychodzę po około 45 minutach. Jak na moje możliwości jest OK. W sumie myślałem, że będę miał czas w granicach 50 min, a więc coś zostało urwane na dobry początek. Jeszcze na koniec, przed wyjściem na ląd, otrzymuje pigułę z nogi w okular, drobne łokciowanie i jesteśmy na brzegu. Pianka rozpięta, czepek i okulary w rękawie, wpadam do strefy i doskakuję do roweru. Zrzucam zbroję pływacką i… Strategiczny błąd numer jeden. Decyduję się na kompresyjne skarpety. Niestety, wciągnięcie na mokre stopy, a następnie przebranie się w strój rowerowy kosztuje mnie blisko 7 minut w strefie. To porażka i duża strata. Zdecydowanie punkt który można i trzeba poprawić. Kończę zmagania na zmianie i wybiegam z rowerem na trasę.

Etap rowerowy to trzy pętle x 30 km. Ten etap jest OK. Udaje mi się utrzymać stosunkowo dobre tempo jazdy. Średnia około 30 km/h, jak na mnie, jest w pełni zadowalająca. W sumie rower przebiega bez problemów, a co ważne i pompujące energię, na tym etapie znacznie przesuwam się w klasyfikacji. Na trasie wyprzedzam sporo osób. Jest dobrze. Zgodnie ze sztuką, konsumuję batony i żele energetyczne. Jest trochę stresu bo najpierw gubię bidon z isotonikiem, a następnie jeszcze butelkę z bufetu. Straty są na 0:2, ale cóż… Tego dnia, walcząc ze słabościami w wyjątkowo okropnej duchocie i spiekocie, lepiej było to wypić, no ale… Dojeżdżam do mety. Nie jest chyba źle bo w strefie dopadam nawet Piotra Adamczyka. Widok zaskakujący, bo ten ambasador rok wcześniej wykręcił naprawdę dobry czas. Dodaje to odrobinę otuchy. Jest doping, szybkie przebieranko – no „szybkie” to nie najlepsze określenie, kolejna kilkuminutowa strata czasu – i ruszamy na ostatni etap. Przede mną największe wyzwanie, czyli bieg. Dlaczego największe? Przekonaj się sam. Rower i przejście z roweru do biegu to naprawdę wymagająca sprawa.

Ruszam na trasę. Niestety, nogi nie „podają” tak jakbym chciał. Mało tego, jest błąd strategiczny numer dwa. Pierwsze kilometry na zbyt wysokim tempie. Nie wiem, może wynika to z przejścia z prędkości 30 km/h na rowerze i pewnego wizualnego przyzwyczajenia. Tempo biegu jest dużo wolniejsze, a po rowerze wydaje się, że człowiek porusza się jak żółw. Po pierwszym kilometrze orientuję się, że było za szybko, tętno skacze na wysoki poziom, próbuje to trochę uspokoić, zwalniam, ale zmęczenie daje już o sobie znać. Kolejne 20 km to prawdziwa męka. Na bufetach i punktach żywieniowych, kilkanaście metrów spaceru na uzupełnianie płynów i drobnych przekąsek. Schładzanie w szlauchu, który wyciągnął – dzięki mu Panie!!! – jakiś rozumny obywatel Susza. Pierwsza runda i 7 km odliczone, oj jest ciężko, kolejne 7 km to walka, fakt, że rozpoczyna się ostatnia pętla, a po 3.5 km ostatnia prosta do mety, dodaje trochę otuchy. Na tej ostatniej prostej po raz kolejny natknąłem się na kolegę Adamczyka. Niestety, tym razem w asyście lekarzy i karetki. Widok nieprzytomnego celebryty uzmysłowił mi, że ta zabawa musi być właściwie planowana, że nie można przesadzić i trzeba mierzyć siły na zamiary i możliwości. W sumie, ten widok trochę mnie uspokoił, zrezygnowałem z TurboSnacka i dotoczyłem się spokojnie do mety.

Droga przez mękę w moim debiucie trwała 6 godzin i 25 minut. Do pełni szczęścia zabrakło około 30 min. Czas poniżej 6 godzin byłby sukcesem. Niestety, zbyt długie zmiany oraz słaby bieg (czas 2 godz. i 31 min.) zdecydowały o końcowym wyniku. No ale cóż… najważniejsze jest to, że mam nad czym pracować i co poprawiać w kolejnych zawodach. Będzie jeszcze szansa na poprawę mojego „personal best”. Trzymajcie kciuki!!!