Prawie ostatnia prosta

10.09.2012

Sezon amatorskich wyczynów powoli zbliża się do końca. Jeszcze dwie imprezy „na radarze” i… rozpoczniemy przygotowania do snu zimowego. W związku z tym krótka relacja z triathlonowej imprezy w Ełku oraz dwa słowa na temat aktualnej formy i planów na ostatnia prostą.

BEKO EŁK TRIATHLON 2012 to moja druga impreza triathlonowa w tym roku i w amatorskiej sportowej karierze. Uprzedzając nieco fakty musze przyznać, że było całkiem OK. Pod względem wyczerpania sił witalnych, pomimo infekcji i zaziębienia, porównując do ½ Ironmana w Suszu, Ełk zaliczyłem znacznie mniejszym nakładem sił. W sumie nie jest to dziwne, dystans olimpijski (1,500 m w wodzie / faktycznie było nieco ponad 1,700 – 40 km na rowerze – 10 km biegu) stanowił dużo mniejsze wyzwanie.

Niestety, wszystko zaczęło się niefortunnie. Trzy dni przed startem, po w sumie długim, żeby nie powiedzieć bardzo długim, okresie bez przeziębień i zachorowań, coś mnie dopadło. Niestety, rach, ciach i… Akurat mnie i akurat przed startem. Miałem nadzieję, że przez dwa dni, dając sobie trochę odpoczynku, uda się wykurować i przygotować fizycznie do weekendowych wyzwań. Niestety, pobudka w Ełku wszystko zweryfikowała. Ból gardła, ogólnie słabe samopoczucie świadczyły o tym, że tego dnia forma nie była optymalna. No ale jak to?!? Przecież jesteśmy na miejscu, start za kilka godzin, nie ma co pękać!

Przemieszczam się na start, lokuję w strefie zmian. Gardełko nieswojo, żołądek też przypomina o swojej obecności, ale… Twardym trzeba być. Wskakuję w piankę i czas na rozgrzewkę. Wchodzę do wody i o matko!!! Naprawdę chłodno, do tego stopnia że pierwsze oddechy są trudne do złapania. Po chwili jest już lepiej. Może w wodzie pluskałem się trochę za krótko, no ale cóż… Sędziowie nalegają żeby wyjść na brzeg. Ostatnie przygotowania, do biegu gotowi i START. Ponownie do wody, zaczynam płynąć, pierwsze metry w nieco ostrzejszym tempie. Upss… Nie wiem czy tempo było za wysokie, czy woda za zimna, czy moja choroba dała znać o sobie, ale po około 150-200 metrach miałem wrażenie, że nie dam rady, że wszystko na co mnie stać tego dnia to już mam za sobą i że czas na powrót do brzegu. No ale zaraz, chwila… Tak nie można… Trzeba przecież walczyć i łamać własne słabości. Płynę dalej!!! Jeszcze parę kryzysów w drodze do bojki nawrotowej, powrót w nieco lepszej formie i do mety pierwszego etapu docieram po 40 minutach. Początkowo myślałem, że czas był beznadziejny. Fakt, nie było to też żadne osiągnięcie, ale zważywszy że trasa została przez organizatorów wydłużona o ponad 200 metrów to nie było aż tak tragicznie. W Suszu popłynąłem 1,900 metrów w 47 minut. W Ełku dystans krótszy o 200 metrów pokonałem w 40 minut. Tak więc dokładając około 5 minut na brakujące 150-200 metrów, czas osiągnięty w Ełku był nieco lepszy. Niemniej, ten element oraz bieganie to dwa z trzech nad którymi muszę ostro pracować.

Na bazie doświadczeń zdobytych w triathlonowym debiucie, tym razem pobyt w strefie zmian był znacznie krótszy. Pianka zrzucona, kask, rękawice, zmiana butów, okulary, rower w garść i opuszczam strefę. Rower to mój mocny punkt, a więc czas na odrabianie strat. Faktycznie, poza zawodnikami elity, którzy minęli mnie przemykając szybko na swoim ostatnim okrążeniu w momencie gdy byłem powiedzmy w ¼ pierwszego, nie miałem rywali mnie wyprzedzających. Wręcz przeciwnie, łykałem kolejnych zawodników, odrabiając straty i w sumie awansując o kilkadziesiąt pozycji. Zapewne jak zawsze mogło być lepiej, ale nie ma co narzekać. Szkoda tylko, że nie było szans na podłączenie się pod kogoś szybszego oraz jazdę na kole. W sumie kondycja tego dnia pozostawiała wiele do życzenia. Średnia na rowerze to ponad 31 km/h, a więc całkiem OK. Meta drugiego etapu, kolejna przejściówka i czas na „piętę achillesową”. Jak będzie z biegiem? Tego dnia, na samą myśl i przypomnienie wysiłku z pływania, już mi się odechciewało.

Kolejna szybka przebiórka i ruszamy na ostatnie 10 km. Zaczynam raczej spokojnie w granicach 6:15 min/km. Pierwsze kilometry dają nadzieję. Samopoczucie znacznie lepsze niż podczas biegu w Suszu. Podkręcam nieco tempo, kilometry mijają, druga pętla odważniej z tempem około 5:40-5:50 min/km, a ostatni kilometr to siły zachowane na finisz. Jest meta!!! 3 godziny i 3 minuty. Celem była walka o złamanie 3 godzin. Niestety, nie wyszło, a w sumie niewiele brakowało. Może gdyby zdrowie, może trochę więcej trzeba było z siebie dać… Na nic to gdybanie. Cel przenoszę na przyszły rok.

Dwa słowa o imprezie… W sumie bardzo fajna. Super miejsce, dobra organizacja, może organizatorzy mogliby zadbać o lepsze wymierzenie trasy pływackiej oraz nieco lepszą nawierzchnię na trasie rowerowej. To jednak tylko małe mankamenty bardzo udanej imprezy. Pozostaje mieć nadzieję, że Ełk na stałe wpisze się do triathlonowych imprez.      

Na koniec dwa słowa na temat formy i przymiarek do najbliższych wyzwań. Niestety, zdrowie nie dopisuje. Po Ełku zrobiłem tygodniowa przerwę na kurację, ale na niewiele to się zdało. W kolejny tygodniu postanowiłem „zabiegać” mojego pasożyta, ale cholernik nie poddał się. Ostatni weekend to buty zawieszone na kołku, przerwa od treningów i czas na ostateczną rozprawę z chorobą. W sumie to może dobrze. Koniec sezonu daje się trochę we znaki. Ogólne zmęczenie materiału i pewne symptomy przemęczenia. Ktoś nawet zasugerował, że powoli uzależniam się od sportu i endorfin :) Ja wkładam to jednak między bajki. Jest chwila na wytchnienie i dodatkową regenerację. Jeszcze kilka tygodni treningów i dwa starty na królewskim dystansie biegowym. Maratony w Berlinie i Nowym Jorku tuż, tuż…