Nie tak to miało wyglądać

30.11.2012

Cel jaki stawiałem sobie na 2013 to maraton poniżej 4 godzin. Wiele osób powie, że mało ambitnie. Ktoś doda, że to żadne osiągnięcie. To był jednak mój cel i założenie, a dla faceta który nie tak dawno nie sądził, że jest w stanie... No cóż… Czas pokazał, że realizację planu trzeba będzie jednak przełożyć na następny rok.

Początek sezonu oraz start w Paryżu był całkiem obiecujący. 4 godziny i 9 minut to był pokaźny postęp w porównaniu do Aten. Można więc było zakładać, że kolejne starty zbliżą mnie do magicznej granicy. W sumie miała być jeszcze próba w Berlinie, a jak się później okazało miałem też być (nie)szczęśliwym uczestnikiem jednej z największych imprez biegowych, maratonu w Nowym Jorku.

No ale po kolei. Następny po Paryżu start w biegu maratońskim zaplanowałem w Berlinie. Niestety, najpierw triathlonowe harce, a następnie długo niewyleczone zaziębienie, sprawiły że mój rekord nie padł. W sumie bardzo ciekawe zjawisko. Oto bowiem doświadczyłem chyba tzw. „przetrenowania” i „zmęczenia materiału”. Kto wie, może przesadziłem z przygotowaniami do debiutu w triathlonie, a może po Suszu trzeba było chwilę odpocząć. Najpierw było jakieś osłabienie i zaziębienie, potem start w Ełku z bólem gardła, próba „rozbiegania” tego wszystkiego w ramach kuracji. Efekt to spadek formy. Chwila odpoczynku i regeneracji, powrót do przygotowań i nadzieja, że Berlin to jednak będzie ten maraton.

Startując w Berlinie zakładałem, że jeżeli wszystko będzie OK to spróbuje zmierzyć się z czterema godzinami. Jeżeli jednak coś będzie nie tak, to potraktuje start jak długie wybieganie w ramach przygotowań do NY. Początek całkiem obiecujący, pierwsze kilometry w tempie na 4 godziny. Na trasie natknąłem się na pacemakera biegnącego właśnie na czwórkę. Szybka decyzja i spróbowałem się podłączyć. Byłem trochę zaskoczony, bo jego tempo znacznie przekraczało to na czwórkę. 5:30 min/km to około 10’’ za szybko. Mniej więcej do połówki maratonu utrzymywałem tempo, trzymałem się grupy, a następnie zorientowałem się, że raczej nic z tego nie będzie. Tętno przekroczyło limity na moje OWB2, pojawiło się zmęczenie i chwile słabości, w głowie zaczęły kłębić się różne myśli i… W konsekwencji pogodziłem się z planem B, czyli Berlin to przystanek i trening przed Nowym Jorkiem. Doczłapałem się do mety w czasie 4 godziny i 21 minut. Zdecydowanie gorzej od Paryża, nie wspominając o ambitnych celach. Niestety, czekał mnie smutny powrót do Warszawy. Personal Best trzeba przełożyć na następny raz.

Kolejny start to wielkie wyzwanie i wielka przygoda. Okazałem się szczęśliwcem, który w zupełnie nieoczekiwanych okolicznościach dostał się na tak prestiżową imprezę. Jak to się stało? Złożyłem aplikację (numer 978,000 – nie, to nie pomyłka!!!) i zostałem wylosowany. Niemożliwe stało się real. Ten szczęśliwy los wyciągnąłem w końcówce kwietnia. Błyskawiczna zmiana planów wakacyjnych, organizacja wyprawy do USA, kolejne wyrzeczenia treningowe. No ale czego nie robi się dla startu w tej konkretnej imprezie. Taki los zdarza się raz na …

No cóż, tym razem na drodze do wymarzonego startu i próby złamania czwórki stanęła matka natura, a może… decyzje polityków. Traf chciał, że Nowy Jork dostał cios od huraganu Sandy. Niezależnie, wyjeżdżając do Stanów maraton był potwierdzony i określony jako „RACE TO RECOVER”. Impreza, która odbywała się nieprzerwanie od czterdziestu lat, która odbyła się nawet po „11/09”, przegrała nie tyle z naturą co dziwnymi decyzjami. Zamiast organizacji „biegu pomocy”, organizatorzy ulegli zapewne naciskom i odpuścili. Kto wie, może trudno było się oprzeć, w kontekście wtorkowych (zaraz po planowanym na niedzielę maratonie) wyborów, opinii publicznej. Jedno jest pewne, tysiące biegaczy z całego świata ściągnięto do Nowego Jorku tylko po to żeby oznajmić im na miejscu, że impreza nie odbędzie się i że tak naprawdę nie wiadomo co dalej. Można jedynie dodać, że również dzisiaj, a więc dwa tygodnie po tej decyzji, dalej nie wiadomo co i jak. Biegacze czekają i liczą przynajmniej na gwarantowaną miejscówkę w 2013. Zobaczymy…

Reasumując, nie tak miał wyglądać finał zmagań sportowych w 2012. Co prawda udało się zadebiutować i ukończyć dwa triathlony, przebiegłem dwa maratony, ale pozostaje ten niedosyt. Nic to, czas na zaplanowanie kolejnego roku. Mam nadzieję, że będzie trochę więcej szczęścia, a dzięki zdobytym doświadczeniom, systematyczny i bardziej uporządkowany trening przyniesie też efekty w postaci nowych rekordów życiowych.

C.D.N.